"Łowiec Polski" - numer 12/2018
Opowiadania myśliwskie

Wigilia z wilkiem

Szczęśliwym zrządzeniem losu poznałem wielu wspaniałych myśliwych – ludzi szlachetnych i prawych, znających las i potrafiących o nim pięknie opowiadać. Ale do legendy przeszedł tylko jeden z nich. Pochodził z Jazowska nad Dunajcem, a po wojnie osiadł w Smerekowcu w powiecie gorlickim, gdzie zajął opuszczoną przez wysiedlonych Łemków starą drewnianą „chyżę”. Nazywał się Tomasz Pyrdoł, ale wszyscy mówili do niego Tomuś.

Był postacią niezwykłą. Zapalony myśliwy, doskonały tropiciel, hodowca niekoniecznie rasowych psów myśliwskich, muzykant i pszczelarz. Sam potrafił zrobić wszystko: sanki, uprząż dla konia, osadę do broni myśliwskiej, koszyk i miotłę. Cechowała go też mądrość życiowa – to dzięki niej zawsze znajdował właściwe rozwiązanie problemów, których mu życie nie skąpiło. Powoływał się czasem na księdza Józefa Tischnera, jakże mu bliskiego ze względu na góralskie korzenie, z którym miał przyjemność spotkać się kilka razy i pogawędzić na różne tematy.

Choć polował przez wiele lat, podczas zbiorówek nigdy nie stał na stanowisku. Z własnej woli uczestniczył w nagance. Czynił to z wielką ochotą i ze znakomitymi rezultatami. Nie zdarzyło się, aby po przejściu Tomka i jego piesków w miocie pozostała jakaś zwierzyna. Cieszył się szczerze, ilekroć udało mu się nagonić zwierza pod lufy myśliwych.

Powiedzieć, że był skarbnicą wiedzy o tutejszych łowiskach i zwierzynie, to nic nie powiedzieć. Koledzy podśmiewali się, że nie tylko wie, pod którym drzewem zalega odyniec, ale i w którą stronę ma skierowany gwizd. Ten, kto się z Tomkiem zetknął, zapamiętał z pewnością Jego kapitalne poczucie humoru i oryginalne powiedzonka. Operował bowiem gwarą góralską pomieszaną z mową Pogórzan i Łemków, a do tego dochodził jeszcze niebagatelny talent słowotwórczy.

Długo szukałem sposobności, by z Tomusiem dłużej porozmawiać. Udało mi się to w ostatnim roku Jego życia. Był już wtedy słaby fizycznie i nie tak błyskotliwy, jak dawniej – jak sam mówił, spóźniał się w „pomyślunkach”. Tylko pamięć pozostała doskonała, nie wypaliła się w Nim też pasja myśliwska.

W majowy poranek zastałem Go przy domu – kończył właśnie przegląd pasieki składającej się z kilkudziesięciu pni. Siedliśmy w ogrodzie pod wiatą. Przy kiliszeczku miodowej nalewki, o której Tomuś mówił, że pochodzi od wściekłych pszczół, rozpoczęliśmy niespieszną pogawędkę. Jakżeby inaczej – rozmowa zeszła na sprawy łowieckie. Zapytałem o Jego najciekawsze przeżycia myśliwskie. Tomek zadumał się, zaciągnął nieodłącznym papierosem i rzekł:

  Resztę artykułu przeczytasz w pełnym wydaniu "Łowca Polskiego"

 

Copyright © by Łowiec Polski - Wszelkie prawa zastrzeżone