"Łowiec Polski" - numer 9/2017
Felietony

Kulinarne podróże Makłowicza

W jadłospisach słowackich restauracji często znajdziecie wywodzące się z Węgier perkelty. Danie to istnieje oczywiście w wersji myśliwskiej. Można je zrobić na patelni, lecz o niebo lepiej będzie smakowało z kociołka.

rzed napisaniem słów poniższych postanowiłem, że powinny one dotyczyć wojażu, który jednoznacznie spoił się w mej pamięci z konsumpcją. Bez paniki, nie zamierzam dzielić się z Państwem zamglonymi obrazami licealnych wycieczek, które upłynęły na konsumpcji tak zwanych win owocowych, tu rzecz jasna chodzi wyłącznie o konsumpcję szlachetną, konsumpcję dziczyzny. Usiadłem więc, przymknąłem oczy i już po chwili wiedziałem: Słowacja, Góry Szczawnickie, Bańska Szczawnica.

To było wcale nie tak dawno temu, choć już po upadku komunizmu. Granice w Europie jeszcze istniały, jadąc na Słowację, trzeba było wziąć paszport, do którego wbijano pieczątki, a wracającym polscy celnicy grzebali w bagażnikach, poszukując śliwowicy, gdyż do ojczyzny wwieźć można było legalnie jedynie litr alkoholu. Mimo tych nieprzyjemności gnaliśmy przed siebie radośnie, kiedy tylko się dało, ponieważ wreszcie wyrwaliśmy się z klatki, jaką był poprzedni system. Przewodniki dopiero raczkowały, raczkował Internet, więc często zaznaczaliśmy tylko punkt na mapie, nie wiedząc za bardzo, co zastaniemy na miejscu.

Tak było z Bańską Szczawnicą. Wiedzieliśmy wcześniej tylko tyle, że kopali tam od średniowiecza złoto i srebro na pożytek Królestwa Węgier, że wokół góry, niemal nic więcej.

Jakże rzadko doznajemy takiego uniesienia i oszołomienia, widząc coś kompletnie niespodziewanego. W turystyce to się niemal nie zdarza, zwłaszcza dziś, gdy wszystko opisane, obfotografowane i wrzucone do netu. Lecz i kiedyś, jadąc po raz pierwszy do Carcassonne, wiedziałeś mniej więcej, co cię czeka. Ale do Bańskiej Szczawnicy?

  Resztę artykułu przeczytasz w pełnym wydaniu "Łowca Polskiego"

 

Copyright © by Łowiec Polski - Wszelkie prawa zastrzeżone