"Łowiec Polski" - numer 9/2017
Polowanie i myśliwy

Łowcy jeleni

Co zrobić, by połowa spośród dwudziestu strzelanych byków otrzymała medal? Odpowiedź na to pytanie znają myśliwi z olsztyńskiego koła „Darz Bór”. Przez lata konsekwentnie prowadzili politykę postarzania populacji i teraz mogą cieszyć się jej efektami.

Michael Vronsky, grany przez Roberta De Niro bohater filmu „Łowca jeleni”, powtarzał, że byka trzeba powalić jednym strzałem. Dwa to chałtura. Tę zasadę wyznawał również myśliwy ze Strasburga Francois Burdiat, który w latach 80. XX wieku przez osiem kolejnych sezonów przyjeżdżał na rykowisko do łowiska Akademickiego Koła Łowieckiego „Darz Bór” z Olsztyna. Burdiat polował tylko z podchodu, z repetierem (jak filmowy Vronsky) lub ekspresem. Strzelał przy tym fantastycznie, a pudłował w zasadzie tylko na specjalne życzenie. Za każdym razem strzelał tylko jednego byka, ale za to łownego i o kapitalnym wieńcu. Przez te wszystkie lata upolował osiem sztuk – bez wyjątku złoto- i srebrnomedalowych. Kolekcją takich trofeów nie może się poszczycić żaden z członków koła…

Widmo z wysokiego lasu
Jego podprowadzającym był nieodmiennie Czesław Hołdyński, dziś pełniący funkcję prezesa. Mimo upływu czasu pan Czesław doskonale pamięta okoliczności każdego polowania i może je odtworzyć z najdrobniejszymi szczegółami. Choćby historia z bykiem nieuchwytnym niczym zjawa. Na długo przed świtem schodził z młodnika albo z wysokiego lasu do dziennej ostoi – porastającego torfowe gleby łęgu o wysokim podszycie. Słyszeli go za każdym razem – odzywał się nisko i z rzadka. Czuli jego obecność – charakterystyczna woń piżma unosiła się w powietrzu – ale mimo regularnych wyjść o poranku i popołudniem byka nie udawało się spotkać. Wreszcie piątego dnia, o świcie, los się odmienił.

Podprowadzający zawabił głosem starego byka szukającego łani, a takiego wyzwania nie zignorował tym razem władca kniei. Pojawił się na porośniętym starodrzewem pagórku, w odległości zaledwie 50 metrów od myśliwych, i w pierwszych promieniach słońca wyglądał jak jeleń ze słynnego obrazu sir Edwina Henry’ego Landseera. Doprawdy, nawet najbardziej doświadczonemu łowcy może w takiej sytuacji drgnąć ręka, ale Burdiat stanął na wysokości zadania i byk zwalił się w ogniu.

Rozmawiając z myśliwymi, dopytuję o różne zdarzenia, które dowodzą, że nie ma dwu takich samych wypraw do lasu, a Hubert układa dla nas fantastyczne scenariusze. Pan Czesław wypatrzył zawczasu mocnego byka, który – choć bez wątpienia łowny – trzymał zadziwiająco liczną chmarę. Przebywał z nią w trudnym terenie – brzozowej drągowinie z nasadzeniami dębu i świerkowymi kępami. By zwiększyć szanse, w przeddzień przyjazdu zagranicznego myśliwego podprowadzający postawił tam lekką przenośną ambonkę, na którą udali się wieczorem. Słońce stało jeszcze wysoko, a od chwili, gdy wysiedli z auta, minęło zaledwie kilka minut. Szli leśnym duktem, a gdy znaleźli się na granicy starodrzewu, dostrzegli w odległości 120 metrów chmarę żerującą w drągowinie.

  Resztę artykułu przeczytasz w pełnym wydaniu "Łowca Polskiego"

 

Copyright © by Łowiec Polski - Wszelkie prawa zastrzeżone